Neurony, które wyszły z siebie

Neurobiologiczne podstawy zjawiska tulpy


Neurons gone wild”, Kevin Simler z Melting Asphalt. Tłum.: Ro Tembrin.


Łatwo jest odrzucić bogów i duchy – wystarczy przepędzić ich w imię nauki.

Jednak, by zaakceptować ich, albo chociaż doświadczenia z nimi związane, i nadać im naukowe wyjaśnienie – to zadanie godne mistrza. W końcu wymaga od nas, byśmy spojrzeli im prosto w oczy i potraktowali zupełnie poważnie, jednocześnie mając twardy grunt pod nogami.

Nie mam pojęcia jak dużo z tego, co powiem, będzie prawdą. Jestem natomiast pewien, że wszystko to będzie cholernie interesujące.

Dzisiaj osądzimy szaleństwo z pomocą nauki. Zmierzymy się z uzależnieniami, kompulsjami, alter-ego i wymyślonymi przyjaciółmi [również tulpami – przyp. tłum], anielskimi głosami i demonicznymi opętaniami, a nawet egzorcyzmami. I spróbujemy tym szaleństwom znaleźć miejsce, wszystkim i każdemu z osobna, w jednolitej i rozsądnej strukturze.

Naturalnie, zaczniemy od neuronu.

Egoistyczne i dzikie neurony

Niedawno, w wywiadzie dla Edge.org, Dan Dennett wysuwa jeden z ciekawszych pomysłów, na jakie się natknąłem. Uważa, że nasze neurony stały się po części potężnymi elementami układanki, zdolnymi do kalkulacji, ponieważ powróciły do dawnego, nieco zdziczałego, stanu.

Dennett pisze[1]:

Wyobraź sobie, że każda komórka w twoim ciele, mam tu też na myśli neurony, jest bezpośrednim potomkiem komórek eukariotycznych, które żyły same dla siebie i musiały bronić tego życia przez około miliard lat, jako wolni strzelce, mali interesanci. Żeby tego dokonać, komórki musiały wykształcić nieprawdopodobną bibliotekę wiedzy i zdolność samoobrony. Kiedy jednak połączyły siły, ze sporej części tych dokonań musiały zrezygnować. W efekcie dały się udomowić – stały się częściami większych, bardziej jednorodnych organizacji.

Zazwyczaj nie musimy się martwić o nasze komórki mięśniowe, które zaczynają rebelię (gdy to się dzieje, nazywamy to rakiem). Mam jednak wrażenie, że w naszych mózgach, w procesie kształtowania się genetyki, został ruszony jakiś niewielki przełącznik, a to, w efekcie, doprowadziło do lekkiego zdziczenia neuronów. To trochę tak, jak gdy pozwalasz, by owca lub świnia zdziczała: zwierzaki bardzo szybko przypominają sobie swoje zapomniane talenty.

Może neurony w naszych mózgach nie tyle są zdolne, co zmotywowane, do bycia bardziej śmiałymi, badawczymi, czy ryzykanckimi w sposobie, w jaki istnieją. Przecież walczą pomiędzy sobą o wpływy i pozostanie przy życiu, a gdy to się dzieje, pojawia się pole do współpracy, tworzenia sojuszy, koalicji, klik, etc.

Idąc tropem Denetta, natrafiamy na Sebastiana Seung’a, neurologa obliczeniowego. Według Seung’a i Denetta właśnie dzięki egoizmowi neuronów mózg jest w stanie „spontanicznie zareagować na uraz lub nowe doświadczenie”. Na przykład:

Mike Merzenich zszył dwa palce małpy, tak, żeby przestały reprezentować dwie osobne wartości w korze mózgowej, scaliły się w jedną. W efekcie, dość szybko, wspomniana przestrzeń operacyjna dla palców skurczyła się, pozostawiając nieużywane rejony gotowe do zagospodarowania. Gdy szwy z palców zostały usunięte – teraz już – dwa palce odzyskały swoją pełną przestrzeń operacyjną, a tym samym przestrzeń mózgowa odzyskała swoje pierwotne przeznaczenie.

Natomiast Alvaro Pascual-Leone odkrył, że gdy chodzi się przez osiem tygodni z zawiązanymi oczami, kora wzrokowa powoli przystosowuje się do percepcji dotyku, do czytania alfabetu Braille’a.

Dlaczego te [bezczynne] neurony miałyby być tak chętne do zmiany swojego statusu? Cóż, bo straciły pracę. Są bezrobotne, a kiedy są tak się dzieje, nie otrzymują swoich neuromodulatorów, więc ich receptory zanikają, co powoduje jeszcze większe bezrobocie, w efekcie którego umierają.

Innymi słowy, samolubność neuronów zachęca je do bycia przydatnymi. Do podłączenia się do właściwej sieci innych neuronów, która, z kolei, jest podłączona do innych sieci (zarówno w charakterze odbiorcy, jak i nadawcy). Dzięki temu zachowują swój udział w pobieraniu energii i innych surowców potrzebnych do przeżycia.

Tak więc mamy do czynienia z wewnętrzną gospodarką mózgu, która zmusza neurony do konkurowania między sobą o zasoby. W sprzeczności stoi idea Von Neumanna, postulującego architekturę iście komputerową, w której żadna z części tworzących system nie musi martwić się o źródło odżywienia. Bez walki o zasoby, nie ma potrzeby egoizmu. Jest to również powód, dla którego komputery są gorsze w przystosowaniu się do nowych warunków – są mniej plastyczne, niż mózgi.

Plastyczność, jak mówi Denett:

…to jedna z najbardziej niesamowitych właściwości mózgu. Jeśli opis architektury mózgu, jaki postulujesz, jej nie uwzględnia, twój model jest poważnie wybrakowany. Uważam, że neurony trzeba traktować jako mikro-interesantów i zadać pytanie: co oni z tego będą mieli?

Neurony-interesanci to chyba najważniejsza informacja dotycząca naszych mózgów.

Interesanci w pełnej krasie

Czym więc dokładnie jest grupa interesu i dlaczego jest tak ważna?

Na potrzeby naszych rozważań zakładamy, że interesant jest podmiotem zdolnym do samodzielnego, inteligentnego zachowania nastawionego na konkretny cel.

Bez wątpliwości ludzie to interesanci. Podobnie jak korporacje, czy rządy (w zakresie, w jakim realizują swoje cele, jak „maksymalizacja wartości dla akcjonariuszy” lub „obrona terytorium”). Można powiedzieć, że nawet roślina reprezentuje jakąś grupę interesu, ponieważ „chce” rosnąć ku słońcu. Nie wszystkie grupy interesów muszą być samolubne – przecież istnieją te działające non profit, ale każdy system, który można nazwać samolubnym (jak neuron), będzie interesantem.

Grupy interesu nie można jednak rozpatrywać w kategorii zero-jedynkowej. To nie jest coś czym się jest lub się nie jest. Powinno się raczej mówić o stopniach, w jakich coś, lub ktoś, przejawia cechy grupy interesu. Im bardziej system jest autonomiczny, inteligentny, celowy i zdolny do przystosowania się do nowych warunków, tym mocniejsza będzie grupa interesu. Dlatego dzieci tworzą słabsze grupy interesów, niż ich (inteligentniejsi i bardziej zorientowani na cel) rodzice, podobnie jak niewolnicy tworzą słabsze grupy interesów, niż ich (bardziej autonomiczni) właściciele.

Innym kluczowym faktem jest, że cechy grupy interesów nie są częścią systemu, tylko raczej wartością, jaką możemy mu przypisać. To sposób na opisanie systemu z użyciem wysokiego poziomu abstrakcji, który zawiera w sobie cele, przeszkody, motywacje, itp. Jeśli przyjrzymy się mu zbyt blisko, i zejdziemy do zbyt niskiego poziomu abstrakcji, cechy grupy interesu zdadzą się zanikać. Na przykład roślina zdaje się jedynie rozwijać swoją łodygę w oparciu o stężenie auksyny, tak jak my, ludzie, często zdajemy się działać jedynie w oparciu o instynkty i popędy. Kiedy jednak wrócimy do pełnego obrazu, znów dostrzeżemy abstrakcję na poziomie grupy interesu. Tak więc zdolność znalezienia wyjaśnienia, a nie wolna wola, są cechami grupy interesu.

Pytania, które chcę dzisiaj zadać, dotyczą grup interesów różnych systemów w mózgu. Możemy wrysować je w piramidę, z pojedynczym interesantem na górze, opierającym się na coraz mniejszych interesantach pod nim [poniżej obrazek]:

Grupy interesów w mózgu

↑ więcej cech grupy interesu
↓ mniej cech grupy interesu

4. „Jaźń” (własne „ja”, „osoba”)
3. Interesant pod-osobowy
2. Moduły
1. Neurony

Zwróćcie uwagę, że nie ma tu ścisłego rozdziału pomiędzy „poziomami”. To tylko wygodne dla nas etykiety, dzięki którym łatwiej nam rozmawiać i argumentować. W rzeczywistości mózg to skupisko interesantów działających na różnych poziomach, często symultanicznie. Jakby powiedział Hofstadter, ten system bardziej przypomina heterarchię, niż hierarchię.

Dzisiaj chciałbym wykazać, że grupy interesów to podstawowa właściwość mózgu. Tworzenie grup interesów to nie tylko funkcja mózgu, a zarazem powód do istnienia, ale to przede wszystkim coś, co jest wbudowane w architekturę i strukturę mózgu. Ponieważ nawet neurony tworzą grupy interesów, systemy mózgowe wyższego rzędu nie muszą tworzyć swoich grup interesów od zera, używając do tego bezmyślnych robotów-niewolników. One w zasadzie dziedziczą cechy grupy interesu, dostają je w gratisie.

Jak widać, mózg jest wyjątkowo gościnny dla grup interesów, które mogą z łatwością zakorzenić się i w nim rosnąć.

Działa tu też bardziej ogólna zasada, a mianowicie, że bogatsze podłoża są żyźniejsze i sprzyjają rozwojowi. Bakterie lepiej rosną w bogatym w glukozę agarze, niż w słonej wodzie. Rośliny rosną lepiej w organicznej ziemi, niż w nieorganicznym piasku. Idee rosną szybciej w dobrze zgranym społeczeństwie, niż w tym, którego członkowie są rozproszeni. I tak dalej.

Analogicznie, grupom interesów łatwiej jest rozwinąć się w środowisku, które obfituje w interesantów. Komputery, chociaż technicznie byłyby zapewne zdolne do wspierania grup interesów, nie są zbyt gościnne dla nich. Natomiast w mózgu aż roi się od interesantów (w postaci miliardów egoistycznych neuronów) i dzięki temu jest on „żyzny”.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tej metaforze organicznego wzrostu i zapamiętajmy ją. Jest bardzo istotna i z pewnością niedługo do niej wrócimy.

W międzyczasie przyjrzymy się w jaki sposób, na różnych poziomach, działają grupy interesów. Zaczniemy od podstaw, mając już za sobą omówiony poziom 1 (neurony).

Poziom 2: moduły

Pierwsze modularne teorie budowy umysłu pojawiły się wraz z pierwszymi teoriami dotyczącymi sztucznej inteligencji. W 1959 roku Oliver Selfridge zaproponował, żeby sztuczną inteligencję rozpatrywać jako zbudowaną z małych „demonów”, gdzie każdy z nich wykonuje prostą, konkretną pracę. Denett, za Selfridgem, w swojej książce „Consciousness Explained”, nazywa moduły „demonami”. W „The Society of Mind” Minsky pisze już nie o „demonach”, a „interesantach”.

Podstawowym założeniem jest to, że istnieje poziom abstrakcji, na którym mózg można opisać jako złożony z setek, tysięcy, a może i milionów malutkich modułów, bardziej, lub mniej, niezależnych od siebie, z czego każdy ma swój funkcjonalny cel istnienia, do którego dąży. Oczywiście, te moduły są grupami interesów, jednak w dość ograniczonym zakresie. Jako przykład można tu podać detektory krawędzi (w układzie wzrokowym), sterowniki palców (w korze ruchowej) i odmieniacze czasowników (w układzie werbalnym).

O modułach literatura wspomina dość często, nie będę więc się zbytnio na ich temat rozpisywał. Chcę jedynie zwrócić uwagę na to, że, jeśli Denett i Seung mają rację, moduły dziedziczą niektóre cechy grup interesów – na przykład samolubność – po neuronach, z których są zbudowane. Moduł ma swoje powody, żeby „chcieć” wykonywać swoje zadanie – jeżeli by przestał, jego neurony by uschły, zaniknęły. Czasami „bezrobotne” moduły są na tyle sprytne, by podjąć się innych zadań, jak na przykład układ wzrokowy, który potrafi przystosować się do odczytywania języka Braille’a.

Poziom 3: interesanci pod-osobowi

Poziom wyżej, niż proste moduły, ale jeszcze pod „jaźnią” znajduje się to, co nazwałbym interesantami pod-osobowymi. To systemy, które przypominają sterowniki, lub instynkty – głód, pożądanie, ciekawość, chciwość, uzależnienia – ich grupa interesu jest jasno widoczna nawet dla ludzi świeckich. Nie potrzebujemy neurologii, by zacząć dyskutować o tych interesantach, ponieważ „czujemy” ich, poprzez introspekcję, jak nacierają na naszą psychikę – słabo, lub natarczywie, delikatnie, lub gwałtownie. I w rzeczy samej, ludzie dyskutują o nich, w kontekście grup interesów, od tysięcy lat.

Ponieważ interesanci pod-osobowi nie są w stanie używać języka (tak jak „jaźń”), ich grupa interesu jest ograniczona i mniej widoczna z zewnątrz. Pomimo tego są w posiadaniu realnej władzy – mogą wpływać na procesy poznawcze, emocje i zachowania istot ludzkich, które zamieszkują. Są również w stanie dostosować do siebie proces myślowy tak, aby zracjonalizować swoje pragnienia.

Interesanci pod-osobowi dysponują ogromną zdolnością znajdywania wytłumaczeń. Jest to najlepiej widoczne w życiorysie osoby uzależnionej. Nałogowiec „sam” często nie chce dalej podążać taką drogą, ale jednak trzyma się jej. Dlatego też nałogowiec jest często opisywany, również przez siebie, jako bezsilny i, co najlepsze, najoszczędniejsze wytłumaczenie takiego stanu rzeczy sprowadza się do interesanta, siedzącego w jego mózgu – wewnętrznego nałogowca – tłumaczonego jako grupy neuronów i modułów.

Kiedy spróbujesz czegoś uzależniającego po raz pierwszy – na przykład nikotyny – pojawia się nowy interesant, który zaczyna rosnąć wokół źródła przyjemności (czyli neuroprzekaźników, które „zalewają” twój mózg, gdy palisz papierosy). Interesant na początku jest mały i słaby. Jednak im lepiej go karmisz, tym większy rośnie. Aż do momentu, w którym wiele neuronów, wiele modułów, a nawet innych interesantów, znajdzie się pod jego wpływem, karmiąc się nikotyną i wymagając coraz większych jej dawek, dostosowując zdolności planowania i racjonalizowania tak, by pozwalały myśleć o tym w jaki sposób zdobyć jej więcej.

Proces ten jest dla nas, organizmów wyewoluowanych, esencjonalny, gdy przyjemność odpowiada za coś o znaczeniu dla przetrwania gatunku: jedzenie, seks, status społeczny, opanowanie zdolności fizycznych. Fakt, że potrafimy wyhodować w sobie interesantów odpowiedzialnych za pragnienie jedzenia, czy uprawiania seksu, powoduje, że możemy przetrwać. To wina nowoczesnego (super-stymulującego) środowiska, że wpadamy w kłopoty w związku z tą umiejętnością.

This American Life zrobiło niezłą audycję o uzależnieniach parę lat temu, w której producenci – niby dla hecy – prosili ludzi o spersonifikowanie ich uzależnień. „Mieliśmy wrażenie, jakby ludzie całe swoje życie czekali, aż ktoś zada im to pytanie”, powiedzieli producenci, by zaraz potem podzielić się opisami „głosów” wewnętrznych nałogowców:

„Ten głos jest nie do odparcia. Jestem jego niewolnikiem.”

„Całkowicie tracę kontrolę. To prowadzi swoje własne życie, a ja nad nim nie panuję.”

„Tak właściwie to mój głos ma imię. Nazywam go Stan. Stan to gość, który mówi mi, żeby wypić kolejny kieliszek wina. Stan to gość, który karze mi palić.”

Należy zwrócić uwagę na to, że to nie jest dosłowny głos, jak omamy słuchowe. Ten „głos” to interesant, którego wpływy sięgają introspekcji i dzięki temu mogą zostać poddane interpretacji. To, że nazywamy tych interesantów głosami, świadczy o wysokim poziomie abstrakcji, na jakim operują.

W tym samym sensie – abstrakcyjnym, niedosłownym – ci interesanci biorą udział w „rozumowaniu”, „negocjacjach”, „targowaniu się”, „dołączaniu do sojuszy” i innych form polityki koalicyjnej. Gdy dwoje interesantów pod-osobowych ze sobą negocjuje, nie używa do tego słów, ale proces ten bez wątpienia może zostać zawarty w słowach, a co za tym idzie, interesanci mogą być bardzo „przekonywujący”. Zacytuję znów audycję This American Life:

[Śpioch] „Wstanę wtedy pięć minut później, a głos na to: »Ech, no daj spokój, nie musisz przecież prasować tej spódnicy. Czy naprawdę musisz? Jeżeli musisz, to czy naprawdę musisz ją założyć? Może wybierz inną spódnicę i wtedy będziesz mogła pospać jeszcze 10 minut.« To brzmi jak sensowna argumentacja.”

Obsesje, kompulsje, uzależnienia i inne „wewnętrzne demony” nie są jedynymi interesantami zdolnymi do kontrolowania i racjonalizowania naszych zachowań. Nasz mózg jest gościnny również dla tych interesantów, którzy są nam „życzliwi”. Nasze sumienia, na przykład. To też są interesanci, którzy są trenowani przez całe nasze życie, a w szczególności w dzieciństwie, poprzez interakcje z naszymi rodzicami, autorytetami i innymi nauczycielami moralności oraz poprzez nagrody i, w szczególności, kary.

Niektóre wspólnoty religijne, tak jak ewangelicy badani przez Tanyę Luhrmann, poświęcają dużo czasu i wysiłku, by nauczyć się „słyszeć” metaforyczny głos Boga, albo interpretować Jego wolę. „Ludzie trenują umysł”, mówi Tanya, „w taki sposób, że doświadczają części swojego umysłu jako obecności Boga”. Ten „Bóg” to nie więcej, ani mniej, niż zinternalizowany, spersonifikowany interesant odpowiadający za interes społeczeństwa.

To ciekawe zjawisko, że część naszego społeczeństwa (może „elitarna” jego część) jest w stanie zainstalować sobie takich interesantów – Boga, sumienie, poczucie moralności – by zadbać o swoje własne interesy. Przypomina to trochę strategię ONZ, które wysyła inspektorów broni, czy obserwatorów wyborów, do, poniekąd, suwerennych państw.

Poziom 4: jaźń

Dochodzimy wreszcie do jaźni, „osoby”, własnego „ja”, świadomej woli.

Mam nadzieję, że udało mi się wykazać, iż jaźń nie jest jedynym znaczącym interesantem w ludzkim mózgu. Jest jednak czynnikiem dominującym, a przynajmniej ma pozycję symbolicznego przywódcy. Mike Travers w taki pamiętny sposób opisuje „jaźń” (wyróżnienie moje):

Jednostka, podobnie jak społeczeństwo, składa się z własnych, prywatnych grup interesów, które balansują pomiędzy konfliktem, współpracą i kompromisem, stale negocjując warunki. Nasze zróżnicowane motywacje są jak politycy, próbujący przepchnąć swoją frakcję wyżej; a jaźń przypomina trochę premiera – nie jest potężna sama z siebie, ale raczej dlatego, że udało jej się zostać oficjalną twarzą najsilniejszej z frakcji.

W tym spojrzeniu jaźń jest interesantem działającym w społeczeństwie. Zajmuje się zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną komunikacją. Jest specjalistą od public relations (tworzy to, jak jesteśmy postrzegani) i władzą wykonawczą (sprawdzającą własne poczynania) jednocześnie.

Teraz o tym, co uważam za szczególnie istotne. Jeżeli przyjmiemy, że w mózgu roi się od interesantów, a więc jest im szczególnie przyjazny – możemy założyć, iż jaźń to coś, co wyłania się naturalnie z procesu interakcji mózgu ze światem.

W innych słowach, jaźń to raczej nie cecha naszego mózgu (zaplanowana czy zaprojektowana przez geny), ale raczej wynik jego rozwoju. Każdy normalny ludzki mózg, umieszczony w odpowiednim środowisku – z wystarczającą niezależnością i potencjałem interakcji społecznych – wyhoduje interesanta-jaźń. Jeśli jednak mózg lub środowisko będą nieprawidłowe, absolutnie niewłaściwe lub, tak po prostu, inne – jaźń może odbiegać od oczekiwań.

Wyobraźmy sobie dziewczynę żyjącą od małego w zupełnym braku społecznych/cywilizujących więzi z innymi ludźmi. Jako dorosła, zapewne będzie posiadać podstawowy koncept jaźni, na przykład będzie w stanie rozpoznać się w lustrze. Jednakże bez języka, norm, wstydu czy kary, najsilniejsi interesanci w jej mózgu na pewno nie będą odgrywać roli społecznej/pijarowca. Ta dziewczyna nie będzie mieć „twarzy”, osobowości. Pozostanie inteligentnym stworzeniem, tak, ale nie osobą.

W ten sposób jaźń buduje strukturę, która zależy (i jest odbiciem) środowiska, w którym powstała.

„Wady wrodzone” jaźni

Skoro jaźń jest wynikiem procesu organicznego wzrostu, być może popełnia błędy podobne do tych, które robią inne procesy tego typu.

Życie, jak wykazałem już wcześniej, jest zdolne do różnych dziwnych i niezwykłych rzeczy. Przykład:

Ta przypadłość jest znana jako policefalia. Jest tylko jedną z wielu wad wrodzonych, które w konsekwencji powodują występowanie dodatkowych części ciała, na przykład nadprogramowe palce (polidaktylia), kończyny (polimelia) oraz, tak jest, nawet penisy (polifallia).

Jak to jest możliwe? Jak to się dzieje, że zwierzę kończy z dwoma głowami, czy trzema ramionami?

Mechanizm jest dość prosty i… pouczający. Z tego, co wiemy, każda zygota (plemnik + jajeczko) musi przekształcić się w zwierzę złożone z bilionów komórek poprzez replikację. Jednakże jednocześnie musi dzielić się w wiele linii komórkowych, które będą miały za zadanie produkcję różnych tkanek, organów i przydatków: ramion, nóg, oczu, śledzion, płuc, skóry, tętnic, itd.

Jeśli więc wystąpi błąd w procesie replikacji, albo scenariusz bliźniąt syjamskich utworzy dwie linie komórkowe głowy – zamiast jednej, zarodek po prostu będzie miał dwie głowy(!). Sęk w tym, że rozwijający się embrion jest w stanie wyhodować wiele rodzajów tkanek/przydatków/narządów w różnych miejscach. Tylko uważna regulacja liczby i lokalizacji linii komórkowych sprawia, że większość z nas ma jedną głowę, dwa ramiona, itd. Jednak potencjał do wyhodowania praktycznie wszystkiego tam, w zarodku, tylko czeka, by być wykorzystanym przez właściwy (lub niewłaściwy) układ komórek.

Uważam, że coś podobnego może przytrafić się interesantom, którzy rosną w mózgu; że jaźń może wyhodować wady wrodzone podczas swojego rozwoju (mającego miejsce na długo po urodzeniu biologicznym).

Jak już mogliśmy zauważyć, mózg jest wyjątkowo gościnny dla wzrostu interesantów i grup interesów (tak jak embrion jest gościnny wzrostowi tkanek i narządów). Większość normalnych ludzkich mózgów, w normalnych warunkach, wyhoduje w sposób naturalny jednego interesanta (jaźń) na szczycie hierarchii interesantów. Co jednak, jeśli mózg lub środowisko nie są do końca normalne? Czy jesteśmy w stanie wyhodować dodatkowe jaźnie, albo interesantów osobo-podobnych – nawet wielu – w jednym tylko mózgu?

Odpowiedź, jak sądzę, brzmi tak.

Grupy interesów w mózgu

Interesant osobo-podobny „poza kontrolą”

Umysł i jego mieszkańcy

A więc jakie rodzaje interesantów „poza kontrolą” jesteśmy w stanie wyhodować w naszych mózgach, poza naszą jaźnią?

Okazuje się, że jest możliwych kilka odmian.

schizofrenii pacjent może halucynować i słyszeć głos, lub głosy, każdy z własnymi motywami, osobowością, etc. Jednakże te wyhalucynowane głosy nie są specyficzne akurat dla schizofrenii i nie muszą pociągać za sobą psychozy. Można zaobserwować całą gamę tych głosów, od prześladowczych, po pomocne, a niektóre z nich mogą nawet stać się niezbędne. Joanna d’Arc słyszała kilka różnych głosów, które pomagały jej „zarządzać” sobą. „Wszystko, co robiłam, a było dobre”, mówiła, „zrobiłam na rozkaz moich wewnętrznych głosów”. William Blake doświadczał wizji przez całe swoje życie i skomponował większą część Miltona „bez premedytacji, a nawet na przekór sobie”. Sokrates też miał towarzysza – własnego daimoniona.

zaburzeniu dysocjacyjnym osobowości (nazywanym też osobowością mnogą) dwóch, lub więcej, interesantów osobo-podobnych może zamieszkiwać ten sam mózg. Te przypadki są rzadkie i mogą zostać wywołane w trakcie terapii (jatrogenia), nawet częściej, niż przez traumę. W każdym razie, najpewniej nie są to zupełnie oddzielni interesanci, a jedynie nie-dzielące-wspólnej-pamięci aspekty tego samego interesanta.

Podczas transu i opętania „duch” przejmuje kontrolę nad ciałem, głosem, itd. Oczywiście, żadne niematerialne istoty nie maczają w tym palców – nie możemy jednak pozwolić oszukać się czyimś fałszywym wyjaśnieniom i uwierzyć, że zjawisko samo w sobie nie jest prawdziwe. Przerobiłem już opętania (i halucynacje) dość szczegółowo ostatnim razem; Johnstone bada je jeszcze dogłębniej w Impro. „Można by się spodziewać, że bogowie [duchy] będą przedstawiani jako nadludzie”, mówi, „ale we wszystkich kulturach »transowych« bogowie zachowują się dość dziecinnie… Trzeba im mówić, co mają robić”. Muszą nawet być nauczani tego, jak mówić, gdy zaczynają od bełkotu, by później zacząć odpowiednio nazywać rzeczy. To brzmi raczej jak nowo wyhodowany interesant potrzebujący treningu, niż intencjonalne działanie w pełni świadomej, prostolinijnej osoby.

Ponadto, u pacjentów z rozszczepieniem mózgu, gdzie lewa i prawa półkula nie są połączone, obie stają się odrębnymi interesantami. Chociaż tylko lewa półkula jest w stanie mówić, obie mogą zrozumieć język i kontrolować przypisane im połowy ciała oraz inicjować sekwencje ruchowe (jak chodzenie). Nie mogą jednak wymieniać się informacjami. W pewnym słynnym eksperymencie polecenie zostało wydane prawej półkuli pacjenta: „Wstań i podejść do drzwi”. Kiedy zapytano lewą półkulę dlaczego idzie, ta, nie mając pojęcia, wymyśliła powód na poczekaniu: „Idę po puszkę coca-coli”.

Każda z odmian interesantów – wyhalucynowane głosy, alter ego, opętujące duchy, rozdzielone półkule – ma inny schemat. Każda korzysta ze zdolności werbalnych, rozumowania i kontrolowania ciała na różne sposoby. Każda ma inny zestaw bodźców, który ją „wzywa” lub sprawia, że pojawia się nieproszona.

Jednak to, co jest dla tych odmian wspólne, to to, że wydają się być osobnymi bytami – interesantami, które nie są do końca „nami” – żyjącymi wewnątrz naszych mózgów. Kto wie, może nawet świadomymi bytami. W końcu, nie istnieje nic, co miałoby uniemożliwić mózgowi hostowanie dwóm osobnym, świadomym stworzeniom. I choć nie mogę stwierdzić z całą pewnością, że to prawda, sam fakt możliwości istnienia takiego zjawiska powinien nam dać do myślenia.

Hodowla interesantów

Sam nie wiem, dlaczego się zdziwiłem.

Okazuje się, że istnieje społeczność – w internecie (gdzieżby indziej?) – która zajmuje się celowym hodowaniem dodatkowych interesantów-jaźni w mózgu.

W przeciwieństwie do innych społeczności o podobnym celu, ta jest ugruntowana w świecie realnym. Do swoich wyjaśnień, czy dyskusji, nie dodaje żadnego spirytualistycznego bełkotu. Jej wysiłki są w pełni zgodne z materialistycznym podejściem do świata.

Interesantów, których próbują wyhodować, nazywają tulpami. Z ich FAQ:

Tulpy można opisać jako wyimaginowanych przyjaciół, mających własne myśli i emocje, z którymi można wejść w interakcję. Można je też nazwać halucynacjami zdolnymi do myślenia i działania na własną rękę.

Inna definicja, z tulpa.info:

Tulpę uważa się za autonomiczną świadomość, istniejącą równolegle do świadomości twórcy – wewnątrz tego samego mózgu, często z formą (ciałem mentalnym) własnego pomysłu. Tulpa jest w pełni świadoma i kontroluje swoje uczucia, opinie, ruchy i formę. Są one dobrowolnie tworzone przez ludzi z zastosowaniem odpowiednich technik.

Jeszcze sześć miesięcy temu uważałem to za wytwór dziecinnej wyobraźni, ale dzisiaj nie jestem już tak tego pewien. Nie mogę w pełni potwierdzić istnienia tulp, ale materiał przygotowany przez tę społeczność czyta się jak podręcznik, przygotowany w dobrej wierze i ze skrupulatnością inżyniera, o wyhodowaniu i trenowaniu nowego nawyku w mózgu. Ich praktyki są w pełni zgodne z ideą grup interesów odziedziczonych po samolubnych neuronach. Dla przykładu, aby wyhodować tulpę potrzeba spędzić nad tym wiele godzin – a konkretnie 100, zgodnie z zaleceniami [podejście 100 godzin zostało odrzucone jako przestarzałe i ograniczające. Ilość czasu potrzebna na wyhodowanie tulpy różni się zależnie od głowy, która ma jej hostować. Jednak myśl przewodnia Simlera: „tulpy potrzebują czasu i wysiłku hosta, by powstać i się rozwijać”, jest jak najbardziej poprawna – przyp. tłum.]. Aby tulpa powstała, należy o niej myśleć, wyobrażać ją sobie, rozmawiać z nią i wizualizować ją – innymi słowami, karmić ją swoją uwagą. W FAQ-u znalazłem też sposób na pozbycie się takiego interesanta:

Pytanie: Jak trwale pozbyć się tulpy?

Odpowiedź: Ignoruj ją, odmawiaj jej uwagi, aż całkowicie się rozproszy. Nie jest to przyjemne doświadczenie dla tulpy. Jeśli pracowałeś nad nią dłuższy czas, i zdążyła się dobrze ugruntować, może to być również emocjonalnie wyczerpujące dla ciebie. Nie jest to szybki i łatwy proces.

Brzmi to zupełnie jak sposób na pozbycie się nawyku lub uzależnienia.

Podsumowując, jeśli biologia umożliwia to:

Lub to:

Albo tę dwójkę:

To może stwierdzenie, że nasze mózgi potrafią wyhodować sobie tulpę, nie wydaje się już tak dziwne.

Potraktujmy demony poważnie

W ramach myśli finalnej spróbujmy znaleźć sens w egzorcyzmach.

Kiedy egzorcysta tłumaczy swoją pracę na podstawie działalności duchów, które przychodzą do ciała z zewnątrz – wtedy, tak po prostu, się myli. „Co za urojenia!”, myślimy. „Czy on nigdy nie słyszał o nauce?”.

Bądźmy z tym jednak ostrożni. Zbyt łatwo jest stwierdzić z pełnym samozadowoleniem i dość obłudnie, że to wszystko stek bzdur. Jeśli, tak po prostu, to porzucimy, zostawimy również za sobą pytania bez odpowiedzi. Nauka nie jest tylko od dyskredytowania kiepskich wyjaśnień. Jest również od tego, by zapewniać dobre. A kiedy na horyzoncie pojawiają się sprawy o charakterze „paranormalnym”, zbyt często dajemy się wciągnąć w krąg wyśmiewania i obalania, zapominając, że istnieją zjawiska wymagające wyjaśnienia.

Pewnie, że istnieją szarlatani i nie twierdzę, że od dzisiaj mamy brać historie porwań przez kosmitów poważnie. Jednakże rzecz, która, tak jak egzorcyzm, powtarza się wielokrotnie w historii, w wielu częściach świata i niemal wszystkich praktykach religijnych – wymaga przynajmniej antropologicznego wyjaśnienia. Dlaczego tak wiele kultur używa egzorcyzmu? O co tutaj, tak właściwie, chodzi?

Jestem pewien, że domyślacie się dokąd z tym zmierzam. Sugeruję, że możemy spróbować zachować się szarmancko i stwierdzić, że mają trochę racji. Kiedy oni mówią, że wypędzają z nas złe duchy, co jeśli powiemy, że owszem, wypędzają, ale naszych interesantów w mózgu?

Tak właściwie, to możemy stwierdzić to:

Egzorcyzmy to forma terapii psychologicznej, w której choroba traktowana jest jako interesant.

Innymi słowy, egzorcysta jest uzdrowicielem, który ma podejście intencjonalne do cudzych wewnętrznych demonów. Zamiast szukać medykamentów (podejście fizyczne), albo odnosić się do jaźni pacjenta (podejście psychologiczne), egzorcysta zwraca się do dolegliwości pacjenta bezpośrednio. To może oznaczać wiele rzeczy: od negocjacji, przez dyskusje, próby przekupienia, wykazywanie miłości i współczucia, po zmuszenie do złożenia przysięgi, groźby i rozkazywanie w imię siły wyższej.

Kiedy spojrzymy na egzorcyzmy w ten sposób, możemy zobaczyć, że mogą być całkiem skuteczne – przynajmniej wobec pewnego rodzaju dolegliwości w odpowiednim kontekście. Coś w tym rodzaju, zdaje się, podziałało na schizofrenię Eleanor Longden, jak można wywnioskować z jej przemówienia podczas konferencji TED [dostępne są polskie napisy. Gdy włączy się nagranie, w menu kontekstowym wyświetli się dymek z przypisem „subtitles”. Po kliknięciu, z listy można wybrać język polski – przyp. tłum.].

W większości przypadków, egzorcysta musi zajmować wysokie stanowisko w hierarchii, aby jego techniki były skuteczne. W zasadzie, możliwym jest, że działają, ponieważ interesant-jaźń zostaje przekonany, iż ma potężnego sprzymierzeńca – szamana/księdza/Boga – w swoich wewnętrznych walkach z interesantem-chorobą.

Oczywiście egzorcyzmy nie wyleczą każdej choroby, ani nawet wszystkich o podłożu psychologicznym. A w kulturach naukowo zacofanych będą używane nawet w walce z chorobami, które nie mają szans na uleczenie (jak na przykład Zespół Lescha-Nyhana). Jednak w przeciwieństwie do nowoczesnych leków, egzorcyzmy nie mają poważnych skutków ubocznych. A jeśli mogą wyleczyć, lub chociaż załagodzić, 1 na 10 przypadków, to myślę, że samo to wystarczy, by ta praktyka była czasem brana pod uwagę.

___
Dalsza lektura:
Patterns of Refactored Agency [Mike Travers na ribbonfarm.com] – subtelnie prowokuje do myślenia.
The Government Within [Mike Travers na ribbonfarm.com]
The Normal Well-Tempered Mind [Dan Dennett na edge.org]

1. Pominąłem kilka uwag Denett’a (z improwizowanego wywiadu) i lekko zredagowałem, aby dopasować je do tego medium. Tutaj można znaleźć pełen transkrypt.


Tłumaczenie i opracowanie: Ro Tembrin

Twoje zdanie: dyskusja o tym artykule